Fenomen "Sali
samobójców" polega na połączeniu animacji 3D z filmem fabularnym,
dzięki czemu powstała nowa forma, dotąd nieznana w Polsce. Również
dla aktorów taki rodzaj filmu był wyzwaniem; Roma Gąsiorowska przyznała,
iż po raz pierwszy grała tylko swoją twarzą, co sprawiało trudność,
a zarazem poczucie rozwoju swoich umiejętności.
Fabuła filmu oscyluje wokół Dominika,
który pochodzi z zamożnej rodziny i niczego mu nie brakuje w życiu
dopóki... ...dopóty nie wchodzi do sali samobójców, czyli do wirtualnego
miejsca, w którym czeka na niego tajemniczna Sylwia. Od tego momentu
akcja biegnie dynamicznie i opiera sie na intrygach emocjonalnych.
Ekipa "Sali samobójców"
licznie zawojowała festiwal filmowy w Berlinie i stawiła się w składzie:
Jan Komasa (reżyser), Roma Gąsiorowska (aktorka), Jakub Gierszał
(aktor), Radosław Ladczuk (zdjęcia), Adam Torczyński (animacja) i
Wojciech Kabarowski (producent).
Reżyser wyznał, że cieszy się
z powodu tak wielkiego wyróżnienia, jakim jest prezentacja jego filmu
w ramach Panorama Special.
Złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie nie otrzymały amerykańskie produkcje z Michelle Pfeiffer, Demi Moore czy Woody Harrelsonem w rolach głównych, nie otrzymał go też ulubieniec Europejczyków – François Ozon za „Ricky’ego” ani przedstawiciel gospodarzy – Niemiec Hans Christian Schmid za „Storm”. Główną nagrodę Berlinale dostał – po raz pierwszy w historii festiwalu – film z Peru „La Teta Asustada” Claudii Llosy.
Przygnębiająca, miejscami wręcz nużąca opowieść o młodej Fauście, która cierpi na tajemniczą chorobę, raczej nie wywołała zachwytu publiczności. Werdykt jury pod przewodnictwem Tildy Swinton wyraźnie podkreśla przesłanie tegorocznego festiwalu – nagrodzono filmy, które ukazują problemy współczesnego świata, zachowując przy tym równowagę między politycznym przesłaniem a poetycką formą. Ale czy peruwiańsko-hiszpańska produkcja rzeczywiście była najlepsza? Cóż, „na bezrybiu i rak ryba”…
Z przykrością trzeba przyznać, że filmy wybrane do konkursu nie spełniły oczekiwań – żaden nie zachwycił, nie wstrząsnął, nie wywrócił do góry nogami poglądu na świat. Filmy były średnie i dobre, ale nie wybitne – nie wspominając już o kompletnych niewypałach typu „Pink Panther 2”, której pojawienie się w konkursie było po prostu wpadką organizatorów. Jak na ironię, dobrze wypadły filmu prezentowane poza konkursem jak „The Reader” Stephena Daldry’ego, „The International” Toma Tykwera czy „The Private lives of Pippa Lee” Rebeki Miller. Dobrze odebrane zostały także takie konkursowe projekcje jak: „Tatarak” Andrzeja Wajdy, „Cheri” Stephena Frearsa i „My one and only” Richarda Loncraine’a.
Jak na tym tle wypada „La teta Asustada”? Wręcz razi swoją innością, momentami szokującym naturalizmem i zakorzenieniem w świecie tak odległym od zachodniego. Tajemnicza choroba, na którą cierpią Fausta to… strach przenoszony z mlekiem matki. Strach przez mężczyznami, przed przemocą seksualną, przed życiem. Jedyne, co może ją przed tym uchronić, to ziemniak umieszczony w pochwie. Nagła śmierć matki zmusza Faustę do stawienia czoła swoim lękom – kobieta musi iść do pracy, by zarobić na pogrzeb i zacząć żyć na własny rachunek.
Trudno zrozumieć tragedię ludzi i głównej bohaterki, bez znajomości krwawej historii Peru i walki z terrorystami ze Świetlistego Szlaku. Trudno zrozumieć jej postępowanie bez znajomości symboliki tego kraju (czym jest ziemniak w kulturze Peru) – tak bardzo związanej z wierzeniami Indian. Trudno wreszcie pojąć niuanse społeczne, nie wiedząc jak wygląda społeczeństwo peruwiańskie i jego kondycja finansowa. Na dodatek Fausta (grana przez utalentowaną Magaly Solier) jest introwertyczką i wszelkie emocje potrafi przekazać otoczeniu jedynie… śpiewem. To także nie ułatwia widzom przywykłym do szybkiego montażu i wartkiej narracji, odbioru filmu.
„La Teta Asustada” można – jak mówiła reżyserka – traktować jako pewien rodzaj dokumentu – bohaterowie rozmawiają w keczua (tym językiem posługuje się prawie 20 proc. peruwiańskiego społeczeństwa), obserwujemy autentyczne ceremonie ślubne, a większość aktorów zaangażowanych do filmu to amatorzy – ludzie którzy nigdy wcześniej nie grali. Sama Clauda Llosa przyznała, że nie spodziewa się żadnej nagrody, a sam fakt pojawienia się w konkursie jest dla ekipy i dla niej wielkim zaszczytem. „Dla was to może być kicz, tutaj w Europie, ale my tacy jesteśmy, taka jest właśnie Ameryka Łacińska” – mówiła reżyserka głośnego debiutu z 2006 r., „Madeinusa”.
To co najbardziej irytuje w filmie, to ciągłe i nużące operowanie tym samym motywem powtarzalnych kontrastów, gdzie tradycja walczy z nowoczesnością, wierzenia z nauką, a miłość ze strachem...
Złoty Niedźwiedź dla tej produkcji nie do końca odzwierciedla zatem odczucia widzów, chociaż trzeba docenić film za innowacyjność poruszanych tematów i siłę wyrazu bohaterów. Pozostaje mieć nadzieję, że 60. już Festiwal Filmowy w Berlinie będzie wyjątkowy nie tylko z powodu rocznicy, ale przede wszystkim – niezwykłych filmów, jakie będziemy mogli zobaczyć.
Jeden z najlepszych filmów na tegorocznym Berlinale,
pokazywany w ramach sekcji Panorama
Special – „Short Cut to Hollywood” – to satyra na świat mediów, zezwierzęcenie
nas samych i globalny pęd do sukcesu, który popycha ludzi do rzeczy wręcz
niewyobrażalnych. Tragikomedia w reżyserii Marcusa Mittermeiera i Jana Henrika
Stahlberga wstrząsa widzami, bo obnaża ich najgorsze instynkty i hipokryzję.
„Short Cut to Hollywood” zaczyna się niewinnie, jak na
komedię przystało: trzech członków niemieckiego boys bandu “The Berlin
Brothers” wyjeżdża na podbój Ameryki. Ich kiczowate piosenki, komiczne stroje i
łamany angielski wywołują w nas pobłażliwy uśmiech, bo nie wierzymy, że ta
eskapada ma jakiś sens. Przecież tacy ludzie nie mają nic do zaoferowania
światu, więc jak mogą zrobić karierę?! Czas pokaże, jak bardzo się myliliśmy…
Nasi dobiegający czterdziestki artyści z początku nie mają
pomysłu, jak zaistnieć w świadomości znudzonych do granic możliwości odbiorców
kultury masowej. Tradycyjne śnieżki kariery jak wizyta u producenta w Los
Angeles - jak można się było spodziewać – nie przynoszą efektu. Porażka z
wypromowaniem “The Berlin Brothers” tylko umacnia bohaterów w przekonaniu, że
żeby odnieść sukces w USA, trzeba znaleźć się na ekranach telewizji. A jak to
zrobić? Sfilmowana operacja amputacji ręki nie wystarczyła? Można więc przebrać
się za muzułmanów, do paska przytroczyć rolki papieru toaletowego wyglądające
jak granaty i z arabskimi okrzykami na ustach wpaść do restauracji w Miami...
Od tego momentu wszystko toczy się jak w bajce o Kapciuszku
– zespół jest na ustach wszystkich, zmienia nazwę na „Bagdad Street Boys”,
media zwęszywszy „temat” same zabiegają o kontakt, a lider John Salinger
postanawia zrobić coś, czego nikt do tej pory nie odważył się zrobić…Telewizja
jest w swoim żywiole – specjalna reporterka towarzyszy zespołowi podczas
tournee po Stanach, Salinger jest wymieniany jednym tchem z Preslayem, Lennonem,
Cobainem, jego podobizna zdobi okładki najznamienitszych tygodników świata, a
reklamodawcy prześcigają się w ofertach. Jednak każda bajka ma swój koniec –
cena, jaką przyjdzie zapłacić za ten sukces, jest niezwykle wysoka.
Film trzeba pochwalić za świetny scenariusz, efektowny montaż
i dobrą grę aktorów – szczególnie John Salinger w wykonaniu Jana Henrika
Stahlberga to artystyczny majstersztyk. Pozwala identyfikować się z postacią,
nawet jeżeli wstyd się nam do tego przyznać. „Short cut to Hollywood” to gorzka
lekcja dla widza, ponieważ uświadamia nam, jaką władzę mamy nad kreowaniem
rzeczywistości, trzymając pilota w ręku. To my tworzymy słupki oglądalności,
które dla telewizji są przecież wyznacznikiem naszych gustów. Ale o gustach się
przecież nie dyskutuje…
Dokument, wyreżyserowany przez pięciu reżyserów z Indonezji,
ukazuje trudne życie kobiet żyjących w społeczeństwie, gdzie ich role są ściśle
określone przez reguły religijne, w tym przypadku – islamskie. Obserwujemy więc
ich walkę o godne życie, wolność przekonań i wyborów, z góry wiedząc, jaki
będzie jej efekt.
„At Stake” nie pozostawia wątpliwości, że sytuacja kobiet w
społeczeństwie tak podporządkowanym islamowi, gdzie rola mężczyzny jest
ustalona zgodnie z wielowiekową tradycją, a państwo i prawo tylko teoretycznie
nie zezwala na dyskryminację, długo nie zmieni się na lepsze. Film od początku
wciąga i intryguje, ukazując tak dalekie od zachodniej kultury wzorce, które
poznaje się z ciekawością i jednocześnie zażenowaniem, że tak ekstremalne
sytuacje, jak te pokazane w „At Stake”, są… prawdziwe.
Film składa się z czterech oddzielnych części, każdą poświęcając
innemu problemowi. Pierwsza - „Effort For Love” w reżyserii Ani Ema Susanti -
to opowieść o życiu dwóch z rzeszy 120 tys. emigrantek z Indonezji, które
próbują w Hong Kongu znaleźć swoje szczęście. Jedna dopiero na emigracji może
rozkoszować się związkiem z inną kobietą, za co we własnym kraju byłaby
potępiona. Druga, u której wykryto guza w narządach rodnych, odmawia zgody na
operację, ponieważ narzeczony pozostawiony w kraju nie zgadza się na taki
zabieg.
Druga część jest najbardziej wstrząsająca. „What’s The
Point” (Iwan Setiawan, Muhammad Ichsan) przybliża widzom traumatyczny zabieg
obrzezania małych dziewczynek, często tuż po urodzeniu, który zgodnie z
tradycją i wierzeniami ma powstrzymać kobietę przed zdradzaniem przyszłego
męża, hamując jej popęd seksualny. Chociaż prawo w Indonezji surowo tego
zabrania, zabieg jest praktykowany i niewiele wskazuje na to, by miało się to
zmienić.
W trzeciej części – „Miss. Mrs.?” Lucky’ego Kuswandi, z
przerażeniem wsłuchujemy się w wypowiedzi indonezyjskich kobiet, które ubrane i
umalowane po europejsku, ze spokojem oświadczają, że nigdy nie były i nie
zamierzają pójść do ginekologa. W całym ponad 230- milionowym kraju, lekarzy
tej specjalności jest tylko 7000, ponieważ na ich usługi nie ma
zapotrzebowania. Jeżeli jakaś kobieta odważy się umówić na wizytę, musi to
robić w tajemnicy - świadoma, że w przeciwnym razie spotka ją kara i potępienie
ze strony otoczenia.
Ostatnia część filmu „Our Children’s Fund” (Ucu Augustin) to
smutna wędrówka po mającym złą sławę cmentarzu na Jawie, gdzie przychodzą
miejscowe prostytutki ze swoimi klientami. Schadzki zaczynają się przed
zachodem słońca i trwają całą noc. Nad ranem kobiety wracają do swoich domów i
dzieci, na których edukacje są zmuszone zarabiać w ten sposób.
„At Stake” łączy w sobie różne style i sposoby narracji, co
jednak w żadnej mierze nie umniejsza jego wartości jako solidnego reportażu. Z
uwagi na poruszane tematy nie jest filmem łatwym w odbiorze, ale na pewno
wartym obejrzenia.
The Fish Child Argentina, Spain, France, 2009, 96 min Director: Lucía Puenzo Cast: Inés Efron, Emme, Pep Munné, Arnaldo André, Carlos Bardem Section: Panorama Special
Miejscami wstrząsające studium związku, który nie ma prawa bytu – tak w skrócie można odczytać najnowszy film argentyńskiej reżyserki Lucii Puenzo. „El Nino pez” wymaga od widza dużej dawki empatii dla losów pary głównych bohaterek. Traumatyczny związek panny z dobrego domu i jej służącej pokazany jest z brutalną szczegółowością. Trudno oprzeć się wrażeniu naginania rzeczywistości dla potrzeb scenariusza, tak jakby Puenzo chciała pokazać za dużo. Trudno też odnaleźć w tym filmie pozytywne elementy – miłość niesie cierpienie, traumy z dzieciństwa nie pozwalają żyć, a seks jest jedynie namiastką prawdziwego uczucia. „El nino pez” garściami czerpie z latynoamerykańskiej symboliki, jednocześnie nie unikając odwołań do współczesnych osiągnięć kinematografii tego kontynentu. Jednak efekt tych prób pozostawia niedosyt – film jest niepokojącą układanką ogranych motywów. Rozpaczliwe próby odnalezienia własnego szczęścia na przekór wszystkim i wszystkiemu, w finale nie układają się w wiarygodną całość.„El Nino pez” nie jest może arcydziełem, jednak trzeba docenić wysiłki pierwszoplanowych aktorek.